Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malezja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 maja 2013

Singapur, Indonezja, Malezja - jedzenie



Podróż po Singapurze, Indonezji i Malezji bardzo mi się podobała, choć przyznam, że nie załapałam bakcyla Azji – znam wiele osób, które koniecznie chcą wracać tam co roku, często w to samo miejsce. Mnie się podobało, ale na zasadzie – byłam, widziałam, fajnie było, wystarczy, chcę zobaczyć coś nowego (o nie zmienia faktu, że, tak jak pisałam wcześniej, gorąco polecam wyjazd zarówno do Singapuru, jak i Indonezji i Malezji). Na kolejne podróże, jak najbardziej może być Azja, bo z chęcią zobaczyłabym Indie czy Tajlandię (są na mojej liście do zwiedzenia!), ale nie czuje potrzeby, żeby np. wrócić na Bali. W końcu jest jeszcze tyle miejsc, w których nie byłam… 


Ale jest jedna rzecz, dla której wróciłabym tam w ciemno, a jest to…


JEDZENIE

Jedzenie wszędzie jest rewelacyjne. Mix kultur (chińska, indonezyjska, indyjska, malajska, i gdzieś tam na marginesie europejska) powoduje, że można tam znaleźć tak różnorakie smaki, że każdego dnia można jeść co innego. Dla mnie największym hitem tej podróży były satay z kurczaka – grillowane szaszłyki z kurczaka w ostrym sosie z orzeszków, do tego z reguły ryż doprawiony przyprawami i warzywami z jajkiem sadzonym na wierzchu, trochę warzyw na boku i wszędobylskie prażynki – niebo w gębie! Generalnie potrawy są przygotowywane raczej na ostro (z dużą ilością ostrych papryczek), z reguły z ryżem (ryż jedzą nawet na śniadanie) lub makaronem ryżowym i jajkiem. 

 papryczki na targu
 
 szaszłyki rybne na przydrożnym stoisku

 papryczki na targu
 curry




 nasze posiłki po drodze...


Do tego dochodzą różnego rodzaju owoce, o których nawet Wam się nie śniło – przepyszny snake fruit (owoc wężowy), duriany (miejscowi mówią, że ten owoc pachnie jak piekło, ale smakuje jak niebo, turyści mówią, że pachnie jakie piekło, ale smakuje jeszcze gorzej;-))), liczi, longany i rambutany (którego akurat owocowały, jak tam byłyśmy – owoce z puszki nie mają nawet porównania to takich zerwanych prosto z drzewa), rozpływające się w ustach mangostiny… A do tego jackfruit – owoc, nie owoc, bo prawdę mówiąc bardziej w smaku przypomina warzywo i mnie najbardziej smakowało w curry, które jadłam w Jogjy. Z wszystkich tych owoców na miejscu przygotowują pyszne, gęste, świeże soki (koszt ok. 3-4 zł za szklankę).
 jabłka cameroński (Malezja)
 smocze owoce
 longany
 mini bananki
 mangostiny i mango
 jack fruit
 owoce na straganie

 mangostiny

 wężowy owoc (snake fruit)
 rambutan
 marakuja i ananas
 marakuja
duriany


Jedzenie właściwie wszędzie jest tanie i wszędzie pyszne, szczególnie w Indonezji. Koszt obiadu/kolacji  w Indonezji dla dwóch osób, w tym piwo i sok, w restauracjach nastawionych na turystów, a więc co do zasady droższych, to ok. 100.000 IDR, czyli jakieś 30 zł. W Malezji koszt był podobny. W Singapurze, generalnie jedzenie też nie jest drogie, w dzielnicy Geylang, która słynie z prostytutek i taniego, ale dobrego jedzenia, można posiłek zjeść za jakieś 2-3 dolary singapurskie (w tym napój). Ale uwaga – w centrum restauracje są o wiele droższe, do tego niestety można się mocno naciąć - turystów robią w konia jak w innych miejscach, czego niestety doświadczyłyśmy pierwszego dnia pobytu podczas najdroższego lunchu w moim życiu, bynajmniej nie w Ritzu a w jakiejś podrzędnej chińskiej restauracji – okazało się, że ceny podane w karcie, są tylko ceną za samo mięso z sosem, osobno płaci się za ryż, osobno za warzywa itp. Kelnerka jest tak szybka i przekonywująca, że nawet nie ma czasu się spojrzeć do karty, żeby sprawdzić cenę (szczególnie jeżeli człowiekowi się spieszy). Do tego, do piwa przynieśli nam w maleńkiej miseczce orzeszki (nie prosiłyśmy o nie) – w każdym innym kraju taka przekąska do piwa jest za darmo (czy jak kto woli, w cenie piwa), u nas okazało się, że za orzeszki doliczyli sobie parę dolarów w rachunku. Żeby było jeszcze weselej, na stolikach (plastikowych, przykrytych ceratą) przy talerzu leżą paczuszki z pojedynczą chusteczką, nasączoną płynem, do przetarcia rąk czy twarzy – większość ludzi nawet ich nie otwiera i zostawia na stole. Otóż za te chusteczki została nam naliczona opłata w wysokości 0,50 dolara! Tym sposobem za mocno przeciętny posiłek, za dwie osoby zapłaciłyśmy jakieś 80 dolarów singapurskich, czyli po jakieś 100 zł na głowę – uważajcie więc na takie oszustwa. Lepiej jeść tam, gdzie płaci się z góry za posiłek.


Jeżeli zdecydujecie się na posiłek w knajpkach lokalnych, które wieczorem jak grzyby po deszczu wyrastają w każdym z tych krajów na chodnikach (kilka turystycznych stolików i krzeseł, mobilna kuchnia, to wszystko pod kawałkiem brezentu) koszt posiłku będzie 2-3 krotnie mniejszy niż w knajpkach prowadzonych pod turystów. My trochę się bałyśmy jadać w takich miejscach, ze względu na higienę, ale raz, a Legianie na Bali, zdarzyło nam się zjeść w knajpce, która może nie do końca była „chodnikowa”, bo mieściła się w małym budynku, ale na pewno była bardziej nastawiona na tubylców, tam za dwa dania, do tego wodę i colę zapłaciłyśmy jakieś 30.o00 IDR, czyli jakieś 12 zł, gdzie jak sądzę połowę stanowił koszt napojów (pani naliczała cenę na kalkulatorku). Jedzenie było bardzo dobre, rewolucji żołądkowej nie było;-)
nasz najtańszy posiłek na Bali - satay

szaszłyki rybne na stoisku przydrożnym w Kaula Lumpur


W Indonezji, właściwie w każdym hotelu, na śniadanie podawane były naleśniki z owocami (z zapiekanym bananem czy ananasem – pyszne) albo jajecznica indonezyjska (czyli z cebulką i pomidorami), do tego tosty i świeże owoce. Jednak klasyczne indonezyjskie czy malezyjskie śniadanie to ryż – taki sam jak na obiad;-)

śniadanie na Bali


To co polecam do jedzenia, to chicken satay w Ubud, na Bali, w knajpce Kecak Cafe (Hanoman Street no. 21 Padang Tegal) – tuż za sceną, na której są wystawiane tańce Kecak, trochę w głębi, tam zjadłam swoje pierwsze satay i nigdzie później już nie odnalazłam tego rewelacyjnego smaku. Polecam właściwie wszędzie Nasi Goreng, czyli smażony ryż z warzywami i jajkiem sadzonym oraz prażynkami (z reguły krabowymi). 
 chicken satay w Ubud
 Nasi Goreng


Będąc na Gili koniecznie spróbujcie tamtejszego grilla  - kawałki mięsa (lub ryby) oraz warzyw, nadziane na ogromny rożen – jeden taki rożen spokojnie starczy na dwie osoby.

W Jogjy jadłam curry z Jack fruita – na ostro, niesamowity smak – jeżeli traficie na coś takiego, koniecznie spróbujcie.
 szaszłyki na Gili
 curry z Jack Fruita


W Malezji, w okolicach Cameron Highlands ciekawostką jest tzw. Steam boat – specjał kuchni chińskiej. Polega to na tym, że na stół dostajecie kuchenkę turystyczną, na którą stawiany jest garnek z wywarem mięsnym (garnek z reguły ma przegródkę, w jednej części jest wywar ostry, w drugiej bardziej łagodny). Do tego dostaje się na kilku talerzykach różnego rodzaju kawałki mięsa, ryb, owoców morza, do tego jakąś dziwną zieleninę, surowe jajka i makaron. To wszystko samemu wrzuca się do garnka i na tym wywarze gotuje. Ponieważ ani ja ani M. nie jesteśmy fankami owoców morza (a te przeważały), ja do tego nie jadam ryb, trochę mi mina zrzędła, jak zobaczyłam co jest na tych talerzach – na szczęście, kelner był na tyle miły, że wymienił nam kilka talerzy na mięsko. Generalnie całe doświadczenie „steam boatu” uważam za ciekawe, ale osobiście – raczej nie chciałabym tego powtórzyć, bo nie bardzo mi to smakowało (głównie przez ryby;-))), no i nie bardzo się najadłam (więcej jest zabawy z robieniem jedzenia niż potem samego jedzenia;-))). Ale patrząc na zachwyconą rodzinę (wyglądającą chińczykowato;-))), która co chwile domawiała jakieś nowe produkty i obżerała się, aż im się uszy trzęsły, zakładam, że innym może to bardzo smakować;-)))
steam boat


W Malezji koniecznie też spróbujcie ich deserów – ciast ryżowych (forma gęstego budyniu), bardzo kolorowych, które m.in. zawierają… czerwoną fasolę! Mnie to bardzo smakowało, ale M. nie była zachwycona. Mimo to uważam, że warto spróbować, choćby jako ciekawostki kulinarnej.

Jako ciekawostkę - warto spróbować na Bali najdroższej kawy na świecie - Luwak Kopi. Luwak to bardzo sympatyczne zwierzątko, które zjada świeże owoce kawy a następnie wydala pestki kawy. Z jego odchodów uzyskuje się ziarna kawy, które po dodatkowej obróbce, są przerabiane na kawę nadającą się do picia. Kawa jest tak droga - kilogram kosztuje około tysiąca euro. Wynika to z faktu, że światowe "zbiory" tego gatunku kawy wynoszą zaledwie 300-400 kg rocznie. Kawa ma bardzo łagodny smak, choć prawdę mówiąc ja nie czułam jakiejś straszne różnicy w stosunku do normalnej kawy. Niemniej, na Bali - trzeba koniecznie odwiedzić plantację kawy, by zobaczyć jak wygląda jej obróbka.
 Luwak
 kawa przed obróbką...
 kawa po obróbce


I na koniec jeszcze jedna ciekawostka – w Singapurze istnieje zakaz żucia gumy! Gumy do żucia nie można wwozić do Singapuru, nigdzie gumy do żucia nie kupicie w sklepie. Dzięki temu M. oduczyła się żuć gumę;-) Szkoda, że nie było podobnie z papierosami;-)))


ALKOHOL

A teraz bardziej praktyczne informacje związane z … alkoholem. Dobrą wskazówką, którą chce Wam sprzedać, o której może wiecie, a może nie, jest to, że w krajach egzotycznych, wskazane jest wypicie kieliszka wódki dziennie w ramach odkażania organizmu z lokalnych bakterii. Jestem osobą, która niestety miewa problemy z żołądkiem, więc w trakcie moich podróży dopadły mnie już prawie wszystkie „klątwy”, ale odkąd tą zasadę zaczęłam stosować na wyjazdach, zauważyłam, że rzeczywiście mam jakby mniej problemów z żołądkiem. Tą zasadę stosowałyśmy z M. również podczas tej podróży. Początkowo miałyśmy małą buteleczkę z Polski, potem posiłkowałyśmy się lokalnym alkoholem (głównie whisky, które w małych buteleczkach można dość tanio kupić).


Mam taką małą obsesję – z każdego kraju staram się przywieźć lokalny trunek (i nie, nie jestem alkoholiczką – większość z tych alkoholi nadal stoi w moim barku;-)))) – jeżeli również tak macie, to może przydadzą Wam się poniższe informacje. Pamiętajcie, że do Singapuru z Malezji, nie można wwozić alkoholu (papierosów zresztą też nie można), oznacza to, że jeżeli chcielibyście do Polski przywieźć jakiś alkohol to lepiej podróż z Singapuru rozpocząć od Malezji, a skończyć na Indonezji, bo z Indonezji już można. Prawdę mówiąc to nie bardzo jest co przywozić, bo w Singapurze praktycznie w ogóle nie można kupić alkoholu, w Indonezji jest słaba i wodnista wódka kokosowa, w Malezji można kupić dość tanio ichniejsze (choć sądzę, że jednak sprowadzane) whisky czy brandy, ale generalnie alkohol jest nieciekawy i drogi. Jako ciekawostkę powiem, że w Kuala Lumpur znalazłyśmy też … Polish Vodka. Na Bali, ze względu na piękną butelkę kupiłam wódkę kokosową, wypiłyśmy ją jeszcze na Jawie, bo bałam się, że w Singapurze mi ją na lotnisku zabiorą, a chodziło bardziej o butelkę. Wódka była beznadziejna;-)


Wszędzie jednak można kupić lokalne, całkiem niezłe piwo. Najdroższe jest w Singapurze, ale w Indonezji i Malezji ceny są naprawdę przyzwoite. 


PAPIEROSY

Co prawda sama nie palę, ale pali M., tak więc problem jest mi znany. A problem jest taki, że jest zakaz przywożenia do Singapuru papierosów, które nie zostały objęte podatkiem singapurskim, czyli generalnie żadnych, które nie zostały zakupione legalnie w Singapurze. Nie można więc przywieźć zapasu papierosów na podróż. Można przywieźć napoczętą paczkę papierosów, na potrzeby własne. Nie widziałam, żeby przeszukiwali na lotnisku walizki, ale strach pozostaje, szczególnie, że krąży tam sporo panów w mundurach (sprawdzają szczególnie ludzi przylatujących z Malezji – może się zdarzyć, że przy wyjściu z hali przylotów każą Wam położyć walizkę do ponownego prześwietlenia). My luzem w walizce przywiozłyśmy kilka paczek papierosów (plus każda z nas miała taką napoczętą paczkę w bagażu podręcznym), ale okupione było to lekkim strachem, że nam wlepią mandat;-). Również z Malezji czy Indonezji nie można przywozić papierosów, a szkoda, bo np. w Indonezji papierosy są wyjątkowo tanie. 


Koszt papierosów w Singapurze to ok. 25 zł za paczkę. W Indonezji papierosy są bardzo tanie – można kupić paczkę papierosów już za jakiś 3-5 zł. W Malezji ceny są podobne do cen w Polsce – ok. 10-12 zł za paczkę. 


W Singapurze nie można palić w miejsca publicznych (w tym na ulicy, choć miejscowi jakoś tego bardzo, mimo potencjalnych mandatów, nie przestrzegają), ale właściwie wszędzie jest gdzieś miejsce, gdzie można stanąć i zapalić (np. na zewnątrz stacji metra) – najlepiej patrzeć, gdzie palą tubylcy, albo gdzie jest dużo petów;-)) W Indonezji czy Malezji nie ma większego problemu z paleniem.

środa, 24 kwietnia 2013

Singapur, Indonezja, Malezja - jak podróżować



Chyba jeszcze nigdy w życiu, w trakcie jednej podróży, nie przemieszczałam się z miejsca na miejsce tak różnorodnymi środkami lokomocji, jak podczas podróży po Singapurze, Indonezji i Malezji. Od różnej wielkości samolotów, przez pociągi, autobusy, samochody, rowerowe riksze, łodzie, po bryczki ciągnięte przez konie. No ale to tylko dodało smaku całej wyprawie.
 
Jeżeli chodzi o Singapur, to jest to tak naprawdę państwo-miasto, zajmujące niewielki półwysep, zresztą świetnie zorganizowane pod względem komunikacyjnym. W główne miejsca miasta bez problemu dostaniemy się metrem, także z lotniska można za kilka dolarów przyjechać do centrum, w sposób szybki i komfortowy (ok. 30 minut). Należy pamiętać, że linia metra z lotniska jedzie tylko bodajże 2 stacje – potem się trzeba przesiąść do pociągu, który staje po przeciwnej stronie peronu – uważajcie, bo drzwi otwierają się na dwie strony i z każdego peronu drugi pociąg odjeżdża w inną stronę, ale zawsze są ogłoszenia albo jest wyświetlane, którymi drzwiami wysiąść, by przejść do pociągu jadącego w interesującym Was kierunku.


 [stacje metra w Singapurze]

 Metro jest czyściutkie i o dziwo tory są oddzielone od peronów szklanymi przepierzeniami, z automatycznymi drzwiami w miejscu, gdzie po zatrzymaniu pociągu otwierają się jego drzwi – nie można więc wypaść na tory. W metrze jest z reguły bardzo zimno (wszechobecna klimatyzacja), nie można ani na peronie ani w pociągu jeść czy pić, o czym ostrzegają wszędobylskie plakietki z wysokościami kar (Singapur jest znane jako „Fine City” – miasto mandatów lub jak kto woli „fajne miasto”, na szczęście nie sprawdziłam na własnej skórze, czy rzeczywiście tak łatwo dostać karę jakby to wyglądało po ilości zakazów obowiązujących w tym mieście). 

[informacje o zakazach w metrze]



Bilety kupuje się w automatach na stacjach – są kodowane na kartach magnetycznych, koszt biletu zależy od odległości (w automatach na mapie wybiera się przystanek do którego się jedzie i wyświetla się cena), z reguły to koszt ok. 1,5-2,5 dolarów. Należy pamiętać, że za kartę płaci się depozyt w wysokości 1 dolara singapurskiego – po wyjściu ze stacji można od razu zwrócić w automacie kartę i dostaje się z powrotem dolara (ja z reguły trzymałam kartę do następnego razu, miałam z głowy martwienie się, czy mam wystarczającą liczbę drobnych). Tam gdzie nie dociera metro (np. ZOO), dojedziecie autobusami. Są też taksówki, które są stosunkowo tanie. Do Malezji można z Singapuru dostać się autobusem albo samolotem, na Bali – oczywiście samolotem. Lotnisko w Singapurze jest bardzo rozległe, ale świetnie zorganizowane i ładne, łącznie z ogrodami z orchidei, czy darmowymi fotelami do masażu. Dla palących – są specjalne pomieszczenia, gdzie można palić papierosy (o papierosach więcej później).

 [na lotnisku w Singapurze]

Jeżeli chodzi o Indonezję, to przede wszystkim należy wziąć pod uwagę to, że składa się ona z szeregu dość dużych wysp, na które jakoś należy się dostać – najlepszy do tego jest samolot, bo loty nie są długie (najdłuższy trwał bodajże 3 godziny), można oczywiście też płynąć promem, co może być tańsze, ale znacznie dłuższe, a dla nas czas był bardzo ważny. Zresztą bilety lotnicze nie są wcale takie drogie, szczególnie jeżeli kupicie je z wyprzedzeniem, albo akurat traficie na promocję. Np. za bilet z Singapuru na Bali zapłaciłam ok. 100 zł, łącznie z bagażem, za który płaci się osobno. Warto korzystać z tanich linii lotniczych – ja polecam szczególnie AirAsia (www.airasia.com) – to tanie linie lotnicze, który główny port mają w Kuala Lumpur w Malezji, ale latają właściwie po całej Azji (latają nawet do Australii). Wszystkie ich loty były na czas, kiedy zmienił im się trochę rozkład lotów (10 minut różnicy), od razu poinformowali mnie o tym mailowo. Samoloty są stosunkowo nowe, obsługa miła. 


 [samoloty AirAsia]

Nie można tego niestety powiedzieć o lokalnych liniach indonezyjskich Garuda Indonesia (http://www.garuda-indonesia.com/us/index.page), którymi leciałam z Bali na Lombok i z powrotem. Dopiero na lotnisku w Denpasar okazało się, że samolot zmienił rozkład i wylatuje o ponad godzinę później niż myślałam, ale powiedzmy, że to jeszcze nie jest problem, bo na samolot zdążyłyśmy. Tknięta przeczuciem próbowałam sprawdzić w Internecie (na lotnisku Denpasar są darmowe stacje z Internetem, niestety super wolno działające i do tego na klawiaturze wszystkie literki są wytarte – przydała się umiejętność bezwzrokowego pisania;-))), o której są loty z Lomboku na Bali i godziny zdecydowanie były inne, tylko trudno było powiedzieć, czy mój lot, to ten wcześniejszy czy późniejszy niż pierwotna godzina.
Na Lombok próbowałam się więc dogadać w okienku linii lotniczych Garuda, ale pan, zresztą mówiący dość dobrze po angielsku, ale ewidentnie nie chcący mi zbytnio pomóc, po jakiś 40 minutach, gdy już totalnie się na niego wściekłam i zaczęłam krzyczeć, po wykonaniu jakiś 50 telefonów, łaskawie znalazł w systemie, którym lotem lecimy (wcześniej twierdził, że nas w ogóle nie ma na liście pasażerów i powinnyśmy kupić nowy bilet) – oczywiście okazało się, że wylatujemy znacznie wcześniej niż myślałyśmy, przez co niestety znacznie został nam skrócony pobyt na Gili Air (bo to tam właśnie się udawaliśmy). Druga rzecz – sprawdźcie koniecznie, na które lotnisko na Lombok samolot leci – ja myślałam, że lecimy na zupełnie inne lotnisko, które jest bliżej przystani z której się wypływa na Gili i ledwo zdążyliśmy na ostatnią łódkę (zresztą zostaliśmy klasycznie wkręceni w droższe bilety o czym bardziej szczegółowo poniżej).

Jeżeli chodzi o przemieszczanie się po poszczególnych wyspach w Indonezji, to zależy od wyspy. Na Bali polecam wynajęcie samochodu z kierowcą, który Was wszędzie zawiezie (przy okazji też do różnego rodzaju fabryk wyrobów ze srebra, drewna itp., gdzie kierowca zapewne dostaje swoją dolę, jeżeli coś na miejscu kupicie, ale nie musicie nic kupować, sprzedawcy nie są zbyt nachalni, a ciekawie jest zobaczyć, jak pracują ręcznie). Koszt takiego wynajmu nie jest duży (zależy właściwie od czasu na jaki go wynajmiecie), szczególnie, jeżeli zbierze się większa grupa osób, bo koszt jest za samochód a nie od osoby. Kierowcę możecie wynająć w różnych lokalnych biurach podróży, często też zaczepiają na ulicy, czy nie potrzeba nam transportu. Cenę można negocjować. Z reguły, szczególnie w biurach podróży, trasy po głównych atrakcjach są ustalone, więc zawsze można wybrać coś ciekawego, jeżeli nie wiecie gdzie jechać, albo ustalić własną trasę. W trakcie takich wyjazdów będziecie musieli najprawdopodobniej w najbardziej turystycznych miejscach zapłacić drobne opłaty (równowartość kilku złotych) – a to za parking, a to za np. wjazd do miejsca widokowego na tarasy ryżowe, czy na wulkan Gunung Batur, plus bilety do zwiedzanych świątyń (nie są to duże kwoty). Za obejrzenie tradycyjnych tańców (np. Kecak) będzie trzeba zapłacić ok. 30-40 zł, ale zdecydowanie warto, jest to całe przedstawienie, coś zupełnie innego niż u nas.


[widok z naszego samochodu - z nieodzownym ołtarzykiem przy kierowcy]

W Indonezji, ale na Bali czy w Jogjy (jak pieszczotliwie nazywają Yogyakartę) przede wszystkim, głównym środkiem transportu są wszędobylskie skutery. To skutery mają pierwszeństwo przed samochodami, na skuterze potrafi siedzieć cała rodzina z ogromnym bagażem (nie wiem, jakim cudem, ale jednak to robią), skuterem dowozi się dzieci do szkoły (albo same nimi jeżdżą). Szczególnie ciekawie wygląda to, gdy skutery ruszają całą watahą na światłach. Skutery na Bali można wynająć, ale wiem, że turystów bardzo chętnie zatrzymują policjanci i oczywiście trzeba im co nie co wtedy odpalić, do tego – szczerze – sama trochę bałabym się poruszać skuterem w tej ciżbie. O dziwo jednak, podobnież nie ma tam prawie w ogóle wypadków. Z drugiej strony nie jest to takie dziwne, jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że z reguły jedzie się jakieś 40 km/h, chyba maksymalną prędkość jaką rozwinęliśmy na Bali samochodem to było 60 km/h (na innych wyspach jeździliśmy trochę szybciej, ale nawet na autostradzie koło Surabai na Jawie, maksymalna prędkość to 110 km/h).





 [skuterem przez Indonezję]

Generalnie korzystanie wszędzie z taksówek jest dozwolone, jeżeli nie wskazane, bo koszty są tanie (benzyna tam jest super tania! Jakieś 1-1,5 zł za litr, nie wnikam jakiej jakości jest taka benzyna), jak najbardziej można się targować i ustalać z góry koszt kursu. Na lotniskach często (o dziwo) bardziej opłaca się wziąć taksówkę ze stowarzyszenia, które tam urzęduje niż od wolnych strzelców – kupuje się kurs do danego miejsca w punkcie obsługi klienta – najpierw oczywiście podpytajcie „luzaków” za ile Was dowiozą w dane miejsce, żeby porównać ceny. Dodam, że wszystko zależy od Waszych zdolności negocjacyjnych, ja przyznaję, nie jestem niestety najlepszym negocjatorem, jeżeli chodzi o targowanie się i jestem pewna, że wiele razy przepłaciłam, choć kwota i tak wydawała się bardzo mała, więc byłam z siebie zadowolona;-). 


 [na stacji benzynowej]

Lombok była dla nas jedynie punktem przesiadkowym – przez to, że przyleciałyśmy o wiele później niż planowałyśmy, do tego na dalsze lotnisko, zależało nam na jak najszybszym dostaniu się do portu, z którego odpływają łódki na Gili, wzięłyśmy więc taksówkę ze stowarzyszenia, które urzęduje na lotnisku. Niestety nie pamiętam ile dokładnie kosztowała, ale biorąc pod uwagę odległość (jechałyśmy ok. 2 godzin), nie była jakaś strasznie droga. Wcześniej w przewodnikach naczytałam się ostrzeżeń o tym, że kierowcy przy porcie nabijają turystów w butelkę, twierdząc, że nie ma już biletów na łódki, albo, że turyści nie mogą takich biletów kupić, albo że nie można podjechać bliżej do portu i wysadzają jakiś kilometr przed portem, przy punktach, które sprzedają bilety na łódki w znacznie zawyżonych cenach (o kilkaset procent droższe). 

Wiedząc o tym i tak dałam się nabrać. Kierowca po drodze wykonał jakiś telefon i oczywiście zaczął twierdzić, że już ostatnia łódka odpłynęła, bo jest za późno (zbliżała się godz. 17), ale ewentualnie jego znajomy może nas swoją łodzią zawieźć na wyspę. Koszt jaki podał był jednak kosmiczny więc go wyśmiałam. Nie zmienia to faktu, że zaczęłam się denerwować, czy rzeczywiście są jakieś łodzie – oczywiście nie chciał nas dowieźć do portu (choć jak później się okazało, można tam podjechać samochodem). Ostatecznie wysadził nas przy kawiarence (nie chciał nas rzeczywiście zawieźć dalej), w której urzędowali panowie z biura podróży, którzy stwierdzili, że mają jeszcze miejsce na łódce – czekali na turystów, którzy przypłynęli katamaranem z Bali. Ostatecznie (nie wiedząc jak daleko jest z tego miejsca do portu), po ostrych negocjacjach zdecydowałyśmy się kupić u nich bilet na łódkę w obie strony oraz na transport powrotny na lotnisko. Zapłaciłyśmy za to jakieś 300.000 IDR (ok. 100 zł). Co i tak się nam opłacało biorąc pod uwagę koszt samej taksówki. 

Jak się później okazało, ostatnie łódki rzeczywiście odpływają ok. godz. 17, ale nasza nie była jedyna w porcie – można było spokojnie kupić sobie samemu bilet na łódkę za jakieś 20.000 czy 30.000 IDR… No ale przynajmniej miałyśmy (stosunkową) pewność, że w drodze powrotnej mamy zagwarantowany transport na lotnisko. Po rozmowach z turystami, którzy przypłynęli katamaranem okazało się, że bardziej opłacalne jest wykupienie na Bali (np. w Ubud) zorganizowanego transportu na Gili i z powrotem – transport z hotelu do portu, rejs katamaranem na Lombok potem rejs łódką na Gili i z powrotem, bo czasowo wyszło prawie na to samo, co przejazdy na lotniska i lot, a można było wynegocjować całkiem dobrą cenę (niektórzy zapłacili za całość ok. 500.000 IDR), znacznie niższą niż koszt lotu, dojazdu na lotniska itd. Ostrzegam również, że łódki na Gili są raczej małe i wyglądają na chybotliwe i wsiada się z wody, więc warto mieć na nogach klapki, które łatwo się zdejmuje. Nie muszę dodawać, że wsadzenie walizki na taką łódkę wymaga już pewnych zdolności, jeżeli nie ma się mięśni (choć w pobliżu są oczywiście chętni to pomocy panowie – za drobną opłatą).



 [łódki na Lombok i Gili]
Gili to trzy rajskie wysepki, na których można się zrelaksować, popływać z egzotycznymi rybkami i ponurkować. My spędziłyśmy 2 dni na Gili Air – średniej co do wielkości wyspy. Na wyspach nie ma samochodów (każdą można przejść na piechotę). Głównym środkiem są malutkie bryczki ciągnięte przez jeszcze mniejsze koniki – koniki są jednak bardzo silne i dzielne i sporo potrafią uciągnąć.



 [koniki na Gili Air]
Na Jawie są pociągi, bardzo wygodne i szybkie, i jeżdżące na czas. Można jechać klasą biznes czy executive, za przyzwoitą cenę – wagony są klimatyzowane, jest telewizja (w lokalnym języku), stewardowie sprzedają kocyki (ostrzegam - klimatyzacja zdecydowanie działa mocno, więc albo weźcie ze sobą jakieś swetry czy chusty do okrycia, albo rozważcie wypożyczenie kocyka), napoje, jedzenie. My jechaliśmy z Jogjy do Surabaya (skąd miałyśmy samolot do Medanu, na Sumatrze) – jedzie się ok. 4 godzin, pociągi są co kilka godzin. 

Po centrum Jogjy (Jawa) można się poruszać autobusami – autobusem można np. dojechać do świątyni Prambanan, co prawda z kilkoma przesiadkami, ale obsługa jest bardzo miła i pomocna – powie gdzie i na jaki autobus się przesiąść. Przystanki autobusów (mam wrażenie, że po Jogjy jeżdżą różne firmy autobusowe) to takie budki na platformach (z których wsiada się do autobusu), w których zawsze jest ktoś z obsługi, kto sprzedaje bilet, pomoże gdzie dojechać itp. W autobusie oprócz kierowcy zawsze jest też ktoś w rodzaju konduktora, kto wpuszcza do autobusu, powie też gdzie wysiąść. Stan autobusów z reguły woła o pomstę do nieba, drzwi często są zamykane na ręcznie dorabianą wajchę;-), ale spokojnie można nimi jeździć. W autobusach jeżdżących po centrum radzę mocno uważać na swoje torby – miejscowi ostrzegali nas, że turyści są często w nich okradani, podobnież biorą w tym udział nawet kierowca, czy konduktor. 

Po samej Jojgy poruszałyśmy się m.in. śmieszną rikszą (zwaną becak) – do roweru przyczepione jest siedzenie mniej więcej dla 1,5 osoby, prowadzi pan, a my siedzimy i podziwiamy okolice. My, po długiej namowie (bo miałyśmy zamiar dojść tam pieszo) zdecydowałyśmy się początkowo na podjechanie do pałacu Sułtana (może i dobrze, bo dłuższe chodzenie w tym upale jest bardzo wyczerpujące), ale po drodze dogadałyśmy się z panem i za niewiele więcej poobwoził nas po głównych atrakcjach starej Jogjy, był z nami przez większość dnia. Trzeba się targować. Biorąc pod uwagę, że rikszarzy jest multum i z reguły tylko stoją i liczą na łut szczęścia, można wynegocjować naprawdę dobrą cenę za przejazd, a do tego jest to dodatkowa atrakcja dla nas. 


 [becaki w Jogjy]
O ile do świątyni Prambanan spokojnie dotrzecie podmiejskim autobusem za parę złotych, to do Borobadur, które jest oddalone o jakieś półtorej godziny drogi od Jogjy, ale do której koniecznie trzeba pojechać, raczej sugeruję wykupić wycieczkę w lokalnym biurze podróży – kierowca przyjeżdża i odwozi potem pod hotel, a koszt nie jest taki duży. 

Jeżeli chodzi o Sumatrę, to poleciałyśmy do Medanu, by stamtąd pojechać do Bukit Lawang – wioski, która jest bazą wypadową do dżungli, gdzie można przede wszystkim zobaczyć orangutany w naturalnym środowisku. Wcześniej skontaktowałam się z przewodnikiem po dżungli – zdecydowałyśmy się spać w jego guesthousie, przyjechał również po nas na lotnisko (o jakże swojsko brzmiącej nazwie "Polonia") i potem odwiózł – za dodatkową opłatą. Jak na Indonezję cena nie były zbyt niska (70 Euro za transport w obie strony), ale i tak do wytrzymania, a doszłyśmy do wniosku, że lepiej mieć własny transport niż tarabanić się z naszymi walizkami lokalnymi autobusikami, które są bardzo mało i z reguły bardzo zapchane (do tego stopnia, że niektórzy jeżdżą na zewnątrz – na dachu lub na zderzaku). Poza tym przewodnik był mocno polecany na Tripadvisor i prawdę mówiąc ja również go polecam – ma bardzo dużą wiedzę i potrafi dobrze zorganizować wypady, dzięki czemu widziałyśmy w dżungli nie tylko orangutany, ale i małpki Thomas Leaf czy gibona, którego podobnież można spotkać średnio raz na dwadzieścia wyjść do dżungli. Jeżeli więc szukacie dobrego przewodnika to polecam: http://www.thomasjungletours.com/ Koszt jednodniowej wycieczki, w zależności od czasu to ok. 25-35 Euro za osobę.


[lotnisko w Medanie]


[transport na Sumatrze]


Mimo ceny – zdecydowanie warto. Można też spokojnie skorzystać z jego gościny, pokoje są ładne i duże ze specyficznymi prawie zewnętrznymi łazienkami, ganek wychodzi na rzekę więc można się zrelaksować, choć jeżeli chodzi o jedzenie (można też na miejscu zjeść, śniadanie jest w cenie) to obiady czy kolacje sugeruję jednak jeść gdzie indziej, nie są zbyt smaczne (choć może zmieniła mu się w międzyczasie kucharka;-)))

Zarówno po Medanie jak i po Bukit Lawang można również się poruszać pewnego rodzaju rikszami, ale są to riksze zmotoryzowane (motor zamiast roweru)– nie jeździłam nimi, więc nie wiem, jakie ceny można utargować, ale zapewne nie jest to zbyt drogie.


 [zmotoryzowana riksza w Medanie]

W Malezji warto przede wszystkim poruszać się autobusami dalekobieżnymi, są tanie, szybki, wygodne i z reguły na czas. W Malezji, w przeciwieństwie do Indonezji są świetne drogi, można się rozpędzić (dla porównania, na Bali średnia prędkość to jakieś 40 km/h). Niesamowite są drogi w górach, w drodze do Cameron Highlands – kręte i wąskie, a mimo to, klasyczne autokary mkną po nich nieustraszenie – kierowców mają naprawdę dobrych. Po Kuala Lumpur można się poruszać kolejką (metrem), czy autobusami, do Batu Caves dojedziecie pociągiem podmiejskim (który posiada specjalne wagony tylko dla kobiet). W turystycznych miejscach, takich jak Georgetown, można też pojeździć rikszą, albo wynająć rower.



  [riksze w Georgetown]

 [rowerem przez Georgetown]


 [Kuala Lumpur - wagon pociągu tylko dla kobiet]


[autokar w Cameron Highlands]

 Generalnie, niezależnie od tego jaki środek lokomocji wybieracie podróżowanie po wszystkich trzech krajach (a w szczególności po Indonezji i w drugiej kolejności po Malezji) jest naprawdę tanie. Ceny często są o wiele niższe niż moglibyśmy się tego spodziewać po podobnej podróży po Polsce, warto więc korzystać z wszelkiego rodzaju środków lokomocji i zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać;-)