Szukaj na tym blogu

środa, 15 maja 2013

Subiektywny przewodnik po Oslo


Miałam pisać dalej szczegółowo o wyprawie do Azji, ale w międzyczasie, dość niespodziewanie, na długi weekend wylądowałam po raz kolejny w Oslo, w Norwegii, i pomyślałam, że popełnię kolejny…


SUBIEKTYWNY PRZEWODNIK PO OSLO

Oslo to bardzo sympatyczne miasto, pięknie położone nad fiordem, otoczone wzgórzami, bardzo kameralne (do większości atrakcji można dojść na pieszo) i dopiero zaczynające być nowoczesne pod względem urbanistycznym, ale za to z jakim rozmachem – nowoczesny gmach opery w Oslo niezmiennie mnie zachwyca. Do tego Norwedzy są bardzo mili i pomocni, każdy mówi po angielsku, więc nie ma problemu z porozumieniem się (o ile znacie trochę angielskiego). Jest to świetne miejsce na wyjazd weekendowy – 2-3 dni spokojnie wystarczą, by zapoznać się z głównymi atrakcjami tego miasta.

















CENY

Norwegia jest niestety bardzo droga, szczególnie jak na warunki polskie (posiłek w restauracji kosztuje średnio 60-80 zł, jednorazowy bilet na autobus ok. 15 zł, piwo w pubie ok. 30 zł), choć na pocieszenie można bez problemu upolować całkiem tanie bilety lotnicze do Oslo (za lot tam i z powrotem z Warszawy Ryanairem zapłaciłam 240 zł kupując w sumie na 2 tygodnie przed wylotem, wcześniej kupowałam bilet za 150 zł w obie strony). Nie zmienia to faktu, że warto się tam wybrać. 


Bilety wstępu do różnych muzeów (a jest ich wiele i prawie wszystkie warto zobaczyć), zamku Arkershus, czy na skocznię narciarską Holmenkollen, kosztują mniej więcej od 30 do 60 zł, dlatego warto zaopatrzyć się w Oslo Pass – jest to karnet upoważniający do darmowego wstępu do większości atrakcji w Oslo, darmowego przejazdu wszystkimi miejskim środkami transportu (w tym promami) oraz zniżek w kilku innych miejscach, takich jak restauracje, czy symulator skoku narciarskiego. Koszt biletu 24 godzinnego dla osoby dorosłej to 270 NOK (ok 140 zł), 48 godzinnego – 395 NOK (ok. 200 zł), a 72 godzinnego – 495 NOK (ok. 250 zł). Ten ostatni karnet upoważnia również do darmowego rejsu wycieczkowego po fiordach dookoła Oslo. Karnet można kupić np. w informacji turystycznej (niedaleko ratusza) czy punkcie obsługi podróżnych przy głównym dworcu kolejowym (wejście obok statuy tygrysa), ale również w większości hoteli i hosteli. Uaktywnia się go poprzez własnoręczne wpisanie daty i godziny rozpoczęcia używania karnetu. Jeżeli chcecie zobaczyć wiele miejsc w krótkim czasie, jest to zdecydowanie opłacalny wydatek.


ZWIEDZANIE OSLO

Zwiedzanie centrum miasta polecam rozpocząć od twierdzy Arkershus. Jest to jeden z najcenniejszych zabytków architektury średniowiecznej w Oslo – malowniczo położony nad fiordem, na delikatnym wzgórzu, z widokiem na ratusz i port z jednej strony i na operę z drugiej, jest przede wszystkim świetnym miejscem na spacer, w lecie sporo ludzi opala się tam na trawie. Na teren twierdzy można wejść za darmo, natomiast warto zwiedzić zamek Akershus, który jest położony mniej więcej po środku twierdzy. Koszt biletu to 70 NOK, z Oslo Pass – za darmo. W zamku nie ma oryginalnych mebli, pochodzą one z późniejszej epoki niż zamek wybudowano. Obecnie zamek jest używany przy okazji niektórych uroczystości państwowych, są tam przyjmowani oficjalni goście, tak więc prawie każda sala jest aktywnie wykorzystana, dlatego też w trakcie zwiedzenia nie zobaczycie żadnej sypialni. Zamek robi wrażenie, dzięki położeniu z okien rozciąga się piękny widok na miasto i fiord. Na terenie twierdzy jest też muzeum oporu, ale nie byłam w środku, nie wiem więc czy warto.











Fort Akershus


Z twierdzy blisko jest już do ratusza. Z zewnątrz może nie robi zbyt wielkiego wrażenia, bo jest to ogromny budynek z czerwonej cegły z dwoma wieżami, przypominają mi trochę budynek fabryczny, jednak w środku znajdziecie piękne wnętrza, z ogromnymi malowidłami w stylu socrealistycznym na ścianach sal. W środku można też znaleźć malowidła Muncha. Budynek został oddany do użytku w 1950 r. i trochę przypomina w stylu nasze budynki z czasów komunizmu. To tutaj wręczana jest pokojowa nagroda Nobla. Wejście do budynku jest na tyłach (budynek ustawiony jest przodem do portu), wstęp za darmo. Przed wejściem warto obejść krużganki otaczające plac przed ratuszem, znajdują się tam piękne, kolorowe, drewniane płaskorzeźby przedstawiające różne norweskie baśnie i legendy.








Ratusz


Po lewej stronie ratusza (stojąc tyłem do portu) znajduje się niewielki budynek muzeum pokojowej nagrody Nobla. Z Oslo Pass wejdziecie tam za darmo. Wystawy moim zdaniem nie są zbyt ciekawe (dużo informacji na temat zwycięzców nagrody, w tym Lecha Wałęsy), ale zmieniają się okresowo, więc jeżeli macie Oslo Pass, wejdźcie tam chociaż na chwilę. 
Muzeum Nobla


Z portu przed ratuszem odpływają promy (w ramach komunikacji miejskiej) do innych miejsc Oslo, m.in. na wyspę muzeów Bygdøy (o czym za chwilę), jak również stateczki wycieczkowe po fiordzie. Na rejs po fiordzie warto się wybrać, to ciekawa wycieczka wokół wysepek znajdujących się pośrodku fiordu, z tradycyjnymi domkami letniskowymi (w Norwegii prawie każda rodzina ma domek letniskowy, z reguły jest to drewniana chatynka, bez bieżącej wody i z wychodkiem na zewnątrz, ale za to położona w malowniczych okolicznościach przyrody;-))).








Fiordy wokół Oslo


Dalej wzdłuż portu rozpościera się ciekawy deptak z nowoczesnymi budynkami (głównie apartamentowcami) i ciekawymi rzeźbami. Warto powłóczyć się pomiędzy budynkami, w poszukiwaniu ciekawych miejsc i rzeźb. Na końcu deptaku znajduje się niedawno otwarte muzeum sztuki nowoczesnej, wokół którego rozpościera się niewielki park rzeźby nowoczesnej oraz… plaża. 






Wzdłuż deptaku Aker Brygge


Jeżeli potem wrócicie w kierunku ratuszu i miniecie jego budynek (mając port za plecami), dojdziecie (ok. 5 minut) do ładnego placu z fontanną rozpościerającego się pomiędzy Teatrem Narodowym a Parlamentem. Po drugiej stronie skweru rozpościera się chyba najsłynniejsza ulica Oslo – Karl Johans Gate, którą, jeżeli skręcicie w lewo, dojdziecie prostu do zamku królewskiego. Zamek otoczony jest ładnym parkiem. Przed zamkiem codziennie, bodajże o 13:30 jest zmiana warty, a biorąc pod uwagę, że Norwedzy co do zasady są wysocy i postawni (że nie powiem – przystojni), Norwegów w mundurach zdecydowanie warto pooglądać w akcji;-)



 Karl Johans Gate
 


Zamek królewski





 Zmiana warty


I teraz ciekawostka – jeżeli będziecie w Oslo w trakcie długiego weekendu majowego na pewno zobaczycie młodzież ubraną w coś w rodzaju ubrań robotniczych w kolorze czerwonym, z naszywkami. Co więcej – być może zobaczycie ich idących na czworaka pod górę, w stronę zamku królewskiego. Jeżeli zastanawiacie się, o co chodzi, to musi chodzić o… koniec szkoły średniej. W pierwszym tygodniu maja, tuż przed końcowymi egzaminami młodzi uświetniają sobie różnymi zabawami koniec szkoły – podobnież niektórzy czekają i planują ten moment przez całą szkołę;-))) Tradycją (przynoszącą szczęście na egzaminach) jest m.in. podejście na czworakach pod zamek.

"Juwenalia" w wydaniu norweskim


Wracając z powrotem wzdłuż Karl Johans Gate, po lewej stronie, za budynkami uniwersytetu, trochę w głębi, stoi Galeria Narodowa, w której można oglądać najciekawsze obrazy malarzy norweskich, w tym najsłynniejszy „Krzyk” Muncha. W maju niestety w Galerii były otwarte tylko dwie małe wystawy, w tym wystawa prac Muncha właśnie, gdyż przygotowują Galerię na wystawę na 150 rocznicę urodzin Muncha. Przyznam szczerze, że na mnie „Krzyk” nigdy nie robił zbytniego wrażenia, jestem fanką impresjonizmu i bardziej podobają mi się obrazy Muncha z początków jego kariery (właśnie bardziej w stylu impresjonistycznym), jak np. „Chore dziecko”, ale być w Oslo i nie widzieć „Krzyku”? Na marginesie dodam, że w Oslo jest również osobne muzeum Muncha, w której są również różne okresowe wystawy, ale teraz trafiłam na wystawę, którą w ogóle nie trafiła w mój gust (kubizm, ekspresjonizm itp. – generalnie dużo kolorowych mazi i to niezbyt ładnych;-))), ale od czerwca rusza tam nowa wystawa, również upamiętniająca rocznicę urodzin Muncha, więc może będzie ciekawie.
Uniwersytet
 Parlament
 Karl Johans Gate


Idąc dalej, w dół Karl Johans Gate, dojdziecie do Katedry, która nie jest zbyt imponująca, ale znajduje się przy ciekawym placu i warto pod nią podejść.
Katedra


Poza spacerkiem opisanym powyżej koniecznie należy pojechać na wyspę (a właściwie półwysep) muzeów Bygdøy – można tam dotrzeć albo autobusem, albo promem (w ramach komunikacji miejskiej), co jest fajnym przeżyciem, więc polecam choć w jedną stronę wsiąść na prom. Na półwyspie, w niewielkiej odległości od siebie znajduje się kilka bardzo ciekawych muzeów. Jeżeli posiadanie Oslo Pass, wszystkie te muzea będą dostępne za darmo, jeżeli nie, należy się liczyć z opłatą wstępu w wysokości ok. 50 NOK do każdego z nich.


W muzeum Fram zorganizowano wystawę dotyczącą ekspedycji polarnych, które odbyły się na trójmasztowcu „Fram” – statek był wykorzystywany m.in. przez Roalda Amudsena, który jako pierwszy dotarł na biegun. Główną atrakcją muzeum jest sam statek Fram, ogromny trójmasztowiec, który znajduje się w środku muzeum, na który można wejść, wszystkiego dotknąć, zobaczyć jak mieszkali polarnicy.



Muzeum Fram


Kolejnym ciekawym muzeum jest Kon-Tiki-Museum, w którym znajduje się, papirusowa łódź „Ra II”, model niewielkiego statku „Tigris” oraz tratwa „Kon-Tiki”, skonstruowana przez podróżnika i naukowca Thora Heyerdahla na wzór starożytnych łodzi, którymi z sukcesem wyruszył w podróż z Ameryki Południowej do Polinezji, by udowodnić swoją teorię, że Polinezyjczycy pochodzą właśnie z Ameryki Południowej. Muzeum jest bardzo ciekawe, z multimedialnymi stoiskami, pokazującymi jak doszło do wyprawy i jak ona przebiegała.


Muzeum Kon-tiki


Jeżeli będziecie na Bygdøy nie możecie pominąć Vikingskiphuset, czyli muzeum łodzi Wikingów, w którym główną atrakcją są trzy statki Wikingów, odnalezione wśród kurhanów w Oslofjordzie. Ogromne łodzie robią niesamowite wrażenie, biorąc pod uwagę to kiedy zostały wybudowane i jakie wtedy były dostępne narzędzia.

Muzeum Wikingów


Pójdźcie też do Norsk Folkemuseum, który jest ogromnym skansenem, do którego przeniesiono domy z różnych części Norwegii i z różnych epok, dające wyobrażenie o życiu Norwegów w dawnych czasach. Po skansenie chodzą ludzie ubrani w stroje z różnych epok, w lecie są organizowane pokazy tańców ludowych itp., co jeszcze bardziej przybliża życie w tamtych czasach.








 Norsk Folkemuseum


Innym miejscem w Oslo, które koniecznie trzeba zobaczyć, to park Vigelanda. W parku rozmieszczone są rzeźby stworzone przez norweskiego rzeźbiarza Gustava Vigelanda, który ewidentnie pasjonował się ludzkim ciałem. Większość postaci jest naga, złapana w różnych momentach swojego życia – tych radosnych i tych smutnych, od narodzin aż po śmierć. Po środku parku znajduje się ogromny monument z kolumną stworzoną z plątaniny ludzkich ciał (pamiętacie płaskorzeźbę na ścianie gabinetu diabła w „Adwokacie Diabła”? Myślę, że scenografowie tego filmy mogli oprzeć swoją wizję właśnie na tej kolumnie) otoczona pojedynczymi rzeźbami z grupami ludzi w różnych pozach. Rzeźby robią niesamowite wrażenie, zachwycając rozmachem i detalami. To jest zdecydowanie „must see” w Oslo.










 park Vigelanda


Warto również przejechać się na skocznię Holmenkollen, która jest świeżo odremontowana. Można tam dojechać metrem (ok. pół godziny z centrum, potem trzeba podejść jakieś 10 minut pod górę). Skocznia położona jest na wzgórzu i roztacza się z niej niesamowity widok na Oslo, fiord i okolice. W skoczni stworzono muzeum narciarstwa, które jest dość ciekawe, ale oczywiście najważniejszym jego elementem jest wjazd na górę skoczni. Wstęp kosztuje 110 NOK, z Oslo Pass – za darmo. W pochmurny dzień sugeruję zabrać ze sobą szalik i cieplejszy sweter, bo strasznie tam wieje. Przy wejściu do muzeum jest również symulator lotów narciarskich, za który się osobno płaci. Nie korzystałam, więc trudno mi powiedzieć, czy warto. Dookoła skoczni jest ładny park, po którym można pospacerować (naprzeciwko skoczni widać np. ciekawą rzeźbę trolla z kamienia).







Skocznia Holmenkollen


No i „last but not least” – Opera w Oslo. Ten piękny, nowoczesny budynek położony jest tuż nad brzegiem fiordu, mając być kontynujacją fal (a może kry pływającej po fiordzie w zimie). Budynek ma mnóstwo skosów, po jego dachu można (a właściwie trzeba) się przespacerować. Warto także zajrzeć do środka, bo wystrój jest równie ciekawy jak na zewnątrz. Obecnie tuż za Operą wyrastają nowoczesne wieżowce i biurowce, które ciekawie komponują się z budynkiem Opery. 






 Opera w Oslo


Wokół Opery


DOOKOŁA OSLO

Jeżeli będziecie mieć trochę więcej czasu i będziecie chcieli zobaczyć coś poza samym Oslo, to polecam wyprawę do Drøbak, sympatycznego miasteczko nad brzegiem fiordu, znanego z tego, że znajduje się tutaj oficjalna poczta św. Mikołaja – można wysłać stąd oficjalną kartkę do Mikołaja. Do miasteczka można dojechać autobusem nr 541, który odjeżdża z okolic Dworca Kolejowego (przystanek „K” w uliczce będącej przedłużeniem ulicy na której jest główny przystanek autobusowo-tramwajowy pod Dworcem, w stronę fiordu), co pół godziny. Podróż trwa ok. godziny, bilet autobusowy kosztuje 90 NOK w jedną i 80 NOK w drugą stronę. W lecie można tam również dopłynąć promem spod ratusza, co może być ciekawą opcją – będziecie mieć zaliczony rejs po fiordzie;-) 


W Drøbak najlepiej wysiąść na przystanku Torggata – przy dużym placu. Znajduje się przy nim żółty budynek, w którym znajduje się oficjalny urząd pocztowy św. Mikołaja, jak również sklepik z różnościami. Po lewej stronie, trochę z tyłu jest drugi żółty budynek, w którym znajduje się całoroczny sklep bożonarodzeniowy – warto tam zajrzeć, bo znajduje się tam dużo świątecznych zabawek i ozdóbek, które są ciekawie wyeksponowane – człowiek ma wrażenie, jakby znalazł się w domku pomocników św. Mikołaja. Jeżeli skręcicie po lewej stronie budynku i pójdziecie w dół ścieżką dojdziecie do małego portu, przy którym znajduje się punkt informacyjny oraz akwarium (w tym samym budynku). W punkcie informacyjnym na ścianach są wyeksponowane kartki i listy do św. Mikołaja, które przychodzą do Drøbak od dzieci z całej Norwegii. Pan, który tam urzęduje sam wygląda jak św. Mikołaj. 

 Poczta św. Mikołaja











 Listy do św. Mikołaja
 ...i Mikołaj we własnej osobie;-)




Warto wejść do akwarium – jest niewielkie, ale ma ciekawą wystawę żywych ryb, w tym spore akwarium, w którym urzędują ryby, których nazwy nie pomnę, które są tak brzydkie, z ogromnymi zębiskami a’la pirania(od czasu do czasu robią pokaz strasznie tymi zębami, podobnież jeżeli taka ryba ugryzie, może się to źle skończyć), że aż są słodkie w swojej brzydocie. Z portu na tyłach akwarium odpływa prom, którym można dopłynąć na wysepkę (widoczną z portu) na której znajduje się fort Oscarsborg. Z przodu budynku jest molo, na jego początku jest śliczna rzeźba trzech syrenek bawiących się nad wodą. Polecam również spacer wzdłuż wybrzeża (w kierunku wyspy z fortem i kościoła) malowniczą ścieżką (Promenadą) wśród skałek i drzew, potem można zawrócić przy Kościele i wrócić już uliczkami miasta. Miasteczko samo w sobie jest bardzo ładne, pełno tam małych galerii, sklepików, starych, drewnianych domów. Można więc tam spokojnie spędzić pół dnia, odpoczywając trochę od dużego miasta.




 Promenada w Drøbak


CO KUPIĆ

Jeżeli chodzi o pamiątki, to oczywiście, jako zapalona kolekcjonerka magnesów na lodówkę, polecam wszelkiego rodzaju magnesiki z motywami norweskimi. Norwegi to również trolle, tak więc koniecznie trzeba sobie kupić małą figurkę trolla. Dookoła ratusza jest kilka sklepików z pamiątkami, w których można pobuszować. Niestety pamiątki, tak jak i wszystko inne w Norwegii, nie są tanie.


Z innych ciekawych rzeczy, polecam kupno… sera żółtego, a właściwie brązowego – Brunost. Ser ten ma barwę karmelu i również w smaku jest lekko słodkawy (dobrze smakuje z dżemem), można go spotkać w różnych postaciach – do smarowania i w kostce. Główna odmiana robiona jest z serwatki z mleka koziego, ale są też odmiany delikatniejsze, z mleka krowiego. Pychota! A jeżeli kupicie ser to koniecznie musicie kupić do niego norweski wynalazek, czyli specjalną łopatkę z podłużną dziurką do krojenia sera.



Miłego zwiedzania!!!!


niedziela, 5 maja 2013

Singapur, Indonezja, Malezja - jedzenie



Podróż po Singapurze, Indonezji i Malezji bardzo mi się podobała, choć przyznam, że nie załapałam bakcyla Azji – znam wiele osób, które koniecznie chcą wracać tam co roku, często w to samo miejsce. Mnie się podobało, ale na zasadzie – byłam, widziałam, fajnie było, wystarczy, chcę zobaczyć coś nowego (o nie zmienia faktu, że, tak jak pisałam wcześniej, gorąco polecam wyjazd zarówno do Singapuru, jak i Indonezji i Malezji). Na kolejne podróże, jak najbardziej może być Azja, bo z chęcią zobaczyłabym Indie czy Tajlandię (są na mojej liście do zwiedzenia!), ale nie czuje potrzeby, żeby np. wrócić na Bali. W końcu jest jeszcze tyle miejsc, w których nie byłam… 


Ale jest jedna rzecz, dla której wróciłabym tam w ciemno, a jest to…


JEDZENIE

Jedzenie wszędzie jest rewelacyjne. Mix kultur (chińska, indonezyjska, indyjska, malajska, i gdzieś tam na marginesie europejska) powoduje, że można tam znaleźć tak różnorakie smaki, że każdego dnia można jeść co innego. Dla mnie największym hitem tej podróży były satay z kurczaka – grillowane szaszłyki z kurczaka w ostrym sosie z orzeszków, do tego z reguły ryż doprawiony przyprawami i warzywami z jajkiem sadzonym na wierzchu, trochę warzyw na boku i wszędobylskie prażynki – niebo w gębie! Generalnie potrawy są przygotowywane raczej na ostro (z dużą ilością ostrych papryczek), z reguły z ryżem (ryż jedzą nawet na śniadanie) lub makaronem ryżowym i jajkiem. 

 papryczki na targu
 
 szaszłyki rybne na przydrożnym stoisku

 papryczki na targu
 curry




 nasze posiłki po drodze...


Do tego dochodzą różnego rodzaju owoce, o których nawet Wam się nie śniło – przepyszny snake fruit (owoc wężowy), duriany (miejscowi mówią, że ten owoc pachnie jak piekło, ale smakuje jak niebo, turyści mówią, że pachnie jakie piekło, ale smakuje jeszcze gorzej;-))), liczi, longany i rambutany (którego akurat owocowały, jak tam byłyśmy – owoce z puszki nie mają nawet porównania to takich zerwanych prosto z drzewa), rozpływające się w ustach mangostiny… A do tego jackfruit – owoc, nie owoc, bo prawdę mówiąc bardziej w smaku przypomina warzywo i mnie najbardziej smakowało w curry, które jadłam w Jogjy. Z wszystkich tych owoców na miejscu przygotowują pyszne, gęste, świeże soki (koszt ok. 3-4 zł za szklankę).
 jabłka cameroński (Malezja)
 smocze owoce
 longany
 mini bananki
 mangostiny i mango
 jack fruit
 owoce na straganie

 mangostiny

 wężowy owoc (snake fruit)
 rambutan
 marakuja i ananas
 marakuja
duriany


Jedzenie właściwie wszędzie jest tanie i wszędzie pyszne, szczególnie w Indonezji. Koszt obiadu/kolacji  w Indonezji dla dwóch osób, w tym piwo i sok, w restauracjach nastawionych na turystów, a więc co do zasady droższych, to ok. 100.000 IDR, czyli jakieś 30 zł. W Malezji koszt był podobny. W Singapurze, generalnie jedzenie też nie jest drogie, w dzielnicy Geylang, która słynie z prostytutek i taniego, ale dobrego jedzenia, można posiłek zjeść za jakieś 2-3 dolary singapurskie (w tym napój). Ale uwaga – w centrum restauracje są o wiele droższe, do tego niestety można się mocno naciąć - turystów robią w konia jak w innych miejscach, czego niestety doświadczyłyśmy pierwszego dnia pobytu podczas najdroższego lunchu w moim życiu, bynajmniej nie w Ritzu a w jakiejś podrzędnej chińskiej restauracji – okazało się, że ceny podane w karcie, są tylko ceną za samo mięso z sosem, osobno płaci się za ryż, osobno za warzywa itp. Kelnerka jest tak szybka i przekonywująca, że nawet nie ma czasu się spojrzeć do karty, żeby sprawdzić cenę (szczególnie jeżeli człowiekowi się spieszy). Do tego, do piwa przynieśli nam w maleńkiej miseczce orzeszki (nie prosiłyśmy o nie) – w każdym innym kraju taka przekąska do piwa jest za darmo (czy jak kto woli, w cenie piwa), u nas okazało się, że za orzeszki doliczyli sobie parę dolarów w rachunku. Żeby było jeszcze weselej, na stolikach (plastikowych, przykrytych ceratą) przy talerzu leżą paczuszki z pojedynczą chusteczką, nasączoną płynem, do przetarcia rąk czy twarzy – większość ludzi nawet ich nie otwiera i zostawia na stole. Otóż za te chusteczki została nam naliczona opłata w wysokości 0,50 dolara! Tym sposobem za mocno przeciętny posiłek, za dwie osoby zapłaciłyśmy jakieś 80 dolarów singapurskich, czyli po jakieś 100 zł na głowę – uważajcie więc na takie oszustwa. Lepiej jeść tam, gdzie płaci się z góry za posiłek.


Jeżeli zdecydujecie się na posiłek w knajpkach lokalnych, które wieczorem jak grzyby po deszczu wyrastają w każdym z tych krajów na chodnikach (kilka turystycznych stolików i krzeseł, mobilna kuchnia, to wszystko pod kawałkiem brezentu) koszt posiłku będzie 2-3 krotnie mniejszy niż w knajpkach prowadzonych pod turystów. My trochę się bałyśmy jadać w takich miejscach, ze względu na higienę, ale raz, a Legianie na Bali, zdarzyło nam się zjeść w knajpce, która może nie do końca była „chodnikowa”, bo mieściła się w małym budynku, ale na pewno była bardziej nastawiona na tubylców, tam za dwa dania, do tego wodę i colę zapłaciłyśmy jakieś 30.o00 IDR, czyli jakieś 12 zł, gdzie jak sądzę połowę stanowił koszt napojów (pani naliczała cenę na kalkulatorku). Jedzenie było bardzo dobre, rewolucji żołądkowej nie było;-)
nasz najtańszy posiłek na Bali - satay

szaszłyki rybne na stoisku przydrożnym w Kaula Lumpur


W Indonezji, właściwie w każdym hotelu, na śniadanie podawane były naleśniki z owocami (z zapiekanym bananem czy ananasem – pyszne) albo jajecznica indonezyjska (czyli z cebulką i pomidorami), do tego tosty i świeże owoce. Jednak klasyczne indonezyjskie czy malezyjskie śniadanie to ryż – taki sam jak na obiad;-)

śniadanie na Bali


To co polecam do jedzenia, to chicken satay w Ubud, na Bali, w knajpce Kecak Cafe (Hanoman Street no. 21 Padang Tegal) – tuż za sceną, na której są wystawiane tańce Kecak, trochę w głębi, tam zjadłam swoje pierwsze satay i nigdzie później już nie odnalazłam tego rewelacyjnego smaku. Polecam właściwie wszędzie Nasi Goreng, czyli smażony ryż z warzywami i jajkiem sadzonym oraz prażynkami (z reguły krabowymi). 
 chicken satay w Ubud
 Nasi Goreng


Będąc na Gili koniecznie spróbujcie tamtejszego grilla  - kawałki mięsa (lub ryby) oraz warzyw, nadziane na ogromny rożen – jeden taki rożen spokojnie starczy na dwie osoby.

W Jogjy jadłam curry z Jack fruita – na ostro, niesamowity smak – jeżeli traficie na coś takiego, koniecznie spróbujcie.
 szaszłyki na Gili
 curry z Jack Fruita


W Malezji, w okolicach Cameron Highlands ciekawostką jest tzw. Steam boat – specjał kuchni chińskiej. Polega to na tym, że na stół dostajecie kuchenkę turystyczną, na którą stawiany jest garnek z wywarem mięsnym (garnek z reguły ma przegródkę, w jednej części jest wywar ostry, w drugiej bardziej łagodny). Do tego dostaje się na kilku talerzykach różnego rodzaju kawałki mięsa, ryb, owoców morza, do tego jakąś dziwną zieleninę, surowe jajka i makaron. To wszystko samemu wrzuca się do garnka i na tym wywarze gotuje. Ponieważ ani ja ani M. nie jesteśmy fankami owoców morza (a te przeważały), ja do tego nie jadam ryb, trochę mi mina zrzędła, jak zobaczyłam co jest na tych talerzach – na szczęście, kelner był na tyle miły, że wymienił nam kilka talerzy na mięsko. Generalnie całe doświadczenie „steam boatu” uważam za ciekawe, ale osobiście – raczej nie chciałabym tego powtórzyć, bo nie bardzo mi to smakowało (głównie przez ryby;-))), no i nie bardzo się najadłam (więcej jest zabawy z robieniem jedzenia niż potem samego jedzenia;-))). Ale patrząc na zachwyconą rodzinę (wyglądającą chińczykowato;-))), która co chwile domawiała jakieś nowe produkty i obżerała się, aż im się uszy trzęsły, zakładam, że innym może to bardzo smakować;-)))
steam boat


W Malezji koniecznie też spróbujcie ich deserów – ciast ryżowych (forma gęstego budyniu), bardzo kolorowych, które m.in. zawierają… czerwoną fasolę! Mnie to bardzo smakowało, ale M. nie była zachwycona. Mimo to uważam, że warto spróbować, choćby jako ciekawostki kulinarnej.

Jako ciekawostkę - warto spróbować na Bali najdroższej kawy na świecie - Luwak Kopi. Luwak to bardzo sympatyczne zwierzątko, które zjada świeże owoce kawy a następnie wydala pestki kawy. Z jego odchodów uzyskuje się ziarna kawy, które po dodatkowej obróbce, są przerabiane na kawę nadającą się do picia. Kawa jest tak droga - kilogram kosztuje około tysiąca euro. Wynika to z faktu, że światowe "zbiory" tego gatunku kawy wynoszą zaledwie 300-400 kg rocznie. Kawa ma bardzo łagodny smak, choć prawdę mówiąc ja nie czułam jakiejś straszne różnicy w stosunku do normalnej kawy. Niemniej, na Bali - trzeba koniecznie odwiedzić plantację kawy, by zobaczyć jak wygląda jej obróbka.
 Luwak
 kawa przed obróbką...
 kawa po obróbce


I na koniec jeszcze jedna ciekawostka – w Singapurze istnieje zakaz żucia gumy! Gumy do żucia nie można wwozić do Singapuru, nigdzie gumy do żucia nie kupicie w sklepie. Dzięki temu M. oduczyła się żuć gumę;-) Szkoda, że nie było podobnie z papierosami;-)))


ALKOHOL

A teraz bardziej praktyczne informacje związane z … alkoholem. Dobrą wskazówką, którą chce Wam sprzedać, o której może wiecie, a może nie, jest to, że w krajach egzotycznych, wskazane jest wypicie kieliszka wódki dziennie w ramach odkażania organizmu z lokalnych bakterii. Jestem osobą, która niestety miewa problemy z żołądkiem, więc w trakcie moich podróży dopadły mnie już prawie wszystkie „klątwy”, ale odkąd tą zasadę zaczęłam stosować na wyjazdach, zauważyłam, że rzeczywiście mam jakby mniej problemów z żołądkiem. Tą zasadę stosowałyśmy z M. również podczas tej podróży. Początkowo miałyśmy małą buteleczkę z Polski, potem posiłkowałyśmy się lokalnym alkoholem (głównie whisky, które w małych buteleczkach można dość tanio kupić).


Mam taką małą obsesję – z każdego kraju staram się przywieźć lokalny trunek (i nie, nie jestem alkoholiczką – większość z tych alkoholi nadal stoi w moim barku;-)))) – jeżeli również tak macie, to może przydadzą Wam się poniższe informacje. Pamiętajcie, że do Singapuru z Malezji, nie można wwozić alkoholu (papierosów zresztą też nie można), oznacza to, że jeżeli chcielibyście do Polski przywieźć jakiś alkohol to lepiej podróż z Singapuru rozpocząć od Malezji, a skończyć na Indonezji, bo z Indonezji już można. Prawdę mówiąc to nie bardzo jest co przywozić, bo w Singapurze praktycznie w ogóle nie można kupić alkoholu, w Indonezji jest słaba i wodnista wódka kokosowa, w Malezji można kupić dość tanio ichniejsze (choć sądzę, że jednak sprowadzane) whisky czy brandy, ale generalnie alkohol jest nieciekawy i drogi. Jako ciekawostkę powiem, że w Kuala Lumpur znalazłyśmy też … Polish Vodka. Na Bali, ze względu na piękną butelkę kupiłam wódkę kokosową, wypiłyśmy ją jeszcze na Jawie, bo bałam się, że w Singapurze mi ją na lotnisku zabiorą, a chodziło bardziej o butelkę. Wódka była beznadziejna;-)


Wszędzie jednak można kupić lokalne, całkiem niezłe piwo. Najdroższe jest w Singapurze, ale w Indonezji i Malezji ceny są naprawdę przyzwoite. 


PAPIEROSY

Co prawda sama nie palę, ale pali M., tak więc problem jest mi znany. A problem jest taki, że jest zakaz przywożenia do Singapuru papierosów, które nie zostały objęte podatkiem singapurskim, czyli generalnie żadnych, które nie zostały zakupione legalnie w Singapurze. Nie można więc przywieźć zapasu papierosów na podróż. Można przywieźć napoczętą paczkę papierosów, na potrzeby własne. Nie widziałam, żeby przeszukiwali na lotnisku walizki, ale strach pozostaje, szczególnie, że krąży tam sporo panów w mundurach (sprawdzają szczególnie ludzi przylatujących z Malezji – może się zdarzyć, że przy wyjściu z hali przylotów każą Wam położyć walizkę do ponownego prześwietlenia). My luzem w walizce przywiozłyśmy kilka paczek papierosów (plus każda z nas miała taką napoczętą paczkę w bagażu podręcznym), ale okupione było to lekkim strachem, że nam wlepią mandat;-). Również z Malezji czy Indonezji nie można przywozić papierosów, a szkoda, bo np. w Indonezji papierosy są wyjątkowo tanie. 


Koszt papierosów w Singapurze to ok. 25 zł za paczkę. W Indonezji papierosy są bardzo tanie – można kupić paczkę papierosów już za jakiś 3-5 zł. W Malezji ceny są podobne do cen w Polsce – ok. 10-12 zł za paczkę. 


W Singapurze nie można palić w miejsca publicznych (w tym na ulicy, choć miejscowi jakoś tego bardzo, mimo potencjalnych mandatów, nie przestrzegają), ale właściwie wszędzie jest gdzieś miejsce, gdzie można stanąć i zapalić (np. na zewnątrz stacji metra) – najlepiej patrzeć, gdzie palą tubylcy, albo gdzie jest dużo petów;-)) W Indonezji czy Malezji nie ma większego problemu z paleniem.